W latach 2022–2023 napisałam cykl artykułów nt. roku obrzędowego Kurpiów Zielonych. Następnie zabrałam się za omówienie tematu w odniesieniu do Kurpiów Białych. Spis wszystkich odcinków znajdziesz na końcu tego wpisu. Zapraszam na kolejny odcinek tej serii, już ostatni. Przyszedł czas na opisanie Wielkiego Postu i Wielkanocy w Puszczy Białej. Jako wprowadzenie do tematu odsyłam do hasła Kurpie Białe w Wikipedii, które napisałam.
Jak zawsze w tej serii wskazałam tropy, gdzie zwyczaje chrześcijańskie łączą się z dawnymi, jeszcze przedchrześcijańskimi obrzędami i wierzeniami oraz gdzie tradycje regionalne wpisują się w te ogólnopolskie (a nawet szerzej). Dobrej lektury!
Wielki Post jako okres poprzedzający najważniejsze święto chrześcijańskie, czyli Wielkanoc (Maria Żywirska podała też nazwę Godne święta), jest na Kurpiach ważnym czasem. Zaczyna się Środą Popielcową i trwa 40 dni. Tego dnia księża posypują głowy wiernych popiołem w myśl słów z Biblii Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, przypominając o kruchości oraz ulotności ludzkiego życia. Dozwolone jest zabranie popiołu do chusteczki i posypanie nim głów domowników, którzy nie mieli możliwości być na mszy.
![]() |
Dekoracja wielkopostna w kościele w Długosiodle, 2025 r. Źródło (dostęp 4 IV 2025 r.). |
Pochodząca z Udrzyna w Puszczy Białej Zofia Marianna Wróbel (ur. 1941 r.) wspominała: W Wielkim Poście drastycznie ograniczano spożycie mięsa. Ludzie pościli w każdy piątek i każdą środę, a że zapas mięsa został mocno uszczuplony, to poszczono również w inne dni. W poście nie tylko ograniczano spożycia mięsa, ale powszechnie niedojadano i oszczędzano żywność, której po prostu brakowało. Zapasy zmniejszały się lub kończyły. Zaczynał się przednówek, który trwał do pierwszych zbiorów. Stefan Mielczarczyk z Porządzia zapamiętał, że w Wielkim Poście nie pito nawet mleka, a Sylwia Słojkowska-Affelska, etnografka z Muzeum Regionalnego w Pułtusku, w Katolickim Radiu Diecezji Płockiej dodała, że nie jedzono nawet nabiału, bo były to pokarmy bogate w tłuszcz.
W Wielkim Poście nie organizowano ani nie uczestniczono w zabawach. Był to czas przygotowania do Świąt Wielkanocnych, służący wiernym pojednaniu z Bogiem i bliźnimi. Pomagały w tym rozważania męki i śmierci Pana Jezusa podczas drogi krzyżowej, gorzkich żalów i rekolekcji – zapisała Zofia Marianna Wróbel. Drogę Krzyżową odprawiano w kościele w piątki, a w każdą niedzielę śpiewano Gorzkie Żale. To rozważanie męki i śmierci Jezusa oraz cierpienia Maryi w formie trzech części, z których każda składa się z czterech elementów (mówiona intencja oraz śpiewane: Hymn, Lament duszy nad cierpiącym Jezusem i Rozmowa duszy z Matką Bolesną). Każdą z trzech części rozpoczyna Pobudka do rozmyślania Męki Pańskiej ze słowami Gorzkie żale, przybywajcie, serca nasze przenikajcie, od których pochodzi zwyczajowa nazwa nabożeństwa. Gorzkie Żale śpiewano też w domach. Wówczas modlitwę prowadziła jedna osoba, najczęściej głowa rodziny lub ktoś dorosły. Zofia Marianna Wróbel z Udrzyna wspominała: Śpiew był smutny, monotonny, przejmujący, teksty wzbudzały żal i współczucie oraz wyrażały wdzięczność Bogu za „wielką i niepojętą miłość ku rodzajowi ludzkiemu, iż raczył zesłać Syna swego, aby za nas wycierpiał okrutne męki i śmierć podjął krzyżową”. Na koniec części, przeznaczonej na daną niedzielę, śpiewaliśmy jedną z żałobnych pieśni, poświęconych męce pańskiej. Mamusia szczególnie lubiła nastrojową i wzruszającą do łez pieśń „Wisi na krzyżu”.
W parafii Brańszczyk, według relacji z 1924 r., Gorzkie Żale odprawiano podczas sumy, by więcej osób mogło w nich wziąć udział. Jak zapisał ówczesny proboszcz ks. Wacław Michał Wacławski, Odprawia się we wszystkie niedziele postu z wystawieniem Najśw. Sakramentu. Po zaintonowaniu przez kapłana ludzie prowadzą śpiew dalej, a kapłan mówi ministranturę i odprawia czytaną sumę, podczas której rozdaje wiernym Komunję Św. Intencję do każdej części Gorzkich Zali odczytuje organista z chóru. Po mszy św. Najśw. Sakrament zostaje wystawiony na ołtarzu, ludzie śpiewają w dalszym ciągu, a kapłan wraca do zakrystyj i potem albo spowiada, albo też idzie na plebanię w celu przyjęcia rannego posiłku. Po skończonym śpiewie kapłan na ambonie mówi kazanie na temat odpowiedni, wypominki i ogłoszenia. Potem kapłan ubrany w kapę idzie z ministrantami przed w.[ielki – przyp. M.W.K.] ołtarz i tam dopełnia uroczyste schowanie Najśw. Sakramentu, a na zakończenie intonuje „Wisi na krzyżu”. Po rozebraniu się z kapy w zakrystyj kapłan bierze pacyfikał z relikwiami, wychodzi do kościoła i tam daje wiernym do ucałowania chodząc środkiem kościoła od balustrady do wielkich drzwi. Porządek wówczas miedzy ludźmi utrzymują bractewni. Śpiew odbywa się na przemian, jedną zwrotkę śpiewają mężczyźni, drugą kobiety. Podczas całego wystawienia Sanctissimi dwie dziewczyny w bieli klęczą w presbyterium na klęcznikach. Potem nabożeństwa nieszporów już nie ma, gdyż ludzie są dość przemęczeni i wszyscy zdążają do domów. Później, już bez księdza, gromadka bractewnych i pobożniejsze osoby, niosąc przed sobą drewniany krzyż, odprawiają drogę krzyżową sposobem śpiewanym. (…) Na tem nabożeństwie kościół bywa zwykle zapełniony, gdyż ludzie chętnie biorą w nim udział.
W środę w czwartym tygodniu Wielkiego Postu wypadało półpoście wyznaczające połowę czasu pokuty. Natalia Kwiatkowska z Wyszkowa wspominała: Był to głupi i złośliwy żart, gdy w pokoju u panien lądował garnek z popiołem. Stanisława Szymańska z Dudowizny podała: Na półpoście bębniono młotkiem lub innym narzędziem w ściany domów lub w ramach psotów wrzucano popiół do domów. Z kolei pochodząca z Udrzyna Zofia Marianna Wróbel zapisała, że w półpoście późnym wieczorem mieszkańców (…) mógł zbudzić lub przestraszyć, jeśli jeszcze nie spali, huk kamieni uderzających w ściany budynku. To starsi chłopcy przygotowali taką niespodziankę swoim sąsiadom, którym kamieniami wybijali półpoście. Etnograf Bernard Kielak zaznaczył, że „uderzano kijem w ścianę chaty tyle razy, ile tygodni postu jeszcze pozostało”. Zofia Marianna Wróbel wspominała, że psotnicy częściej wybierali domy, w których były starsze dziewczyny, panny. Od silnego uderzenia spadały nawet obrazy ze ścian, a czasem poleciała szyba. Innym sposobem wybicia półpościa było użycie uszkodzonych glinianych naczyń (garnki, donice, misy, dzbanki) wypełnionych popiołem. Wiejscy chuligani (...) czaili się niedaleko drzwi wejściowych upatrzonego domu i gdy nadarzyła się okazja, wrzucali do sieni lub, jak się udało, do innego pomieszczenia przygotowany garnek z popiołem. Brzęk rozbitego naczynia mieszał się z okrzykiem „półpoście”, a wnętrze izby wypełniał popielny kurz. Napastnicy natychmiast uciekali. Domownicy pozostawali z niezłym bałaganem, który starali się jak najszybciej usunąć. Gniewali się raczej na siebie, że nie byli czujni i dali zaskoczyć się. Nie szukali sprawców, bo przecież taki obyczaj i nie można nikomu wymierzyć kary ani zbyt długo gniewać się. Podobnie zapamiętała Maria Kosińska z Wyszkowa: Przeważnie chłopcy chodzili do domów, w których były panny, które w karnawale nie wyszły za mąż i wybijali półpoście: uderzali czymś ciężkim w ścianę, żeby był duży huk (czasem posypały się szyby!) albo wrzucali do mieszkania jakieś naczynie z popiołem. Etnograf Bernard Kielak zanotował dwie interpretacje półpostnych żartów: „albo na pamiątkę tłuczenia przez wczesnych chrześcijan naczyń przed postem, albo po prostu – na szczęście”. Natomiast starym kawalerom, którzy nie ożenili się w karnawale, przypinano śledzie lub głowy od śledzi – dodała Maria Kosińska z Wyszkowa.
W Wielkim Poście, najczęściej w jego drugiej połowie, w każdej parafii organizowano kilkudniowe rekolekcje. Księża odprawiali msze i głosili nauki dla wiernych: kobiet, mężczyzn, dzieci, młodzieży, chorych, poza tym słuchali spowiedzi i szykowali wiernych do Komunii Świętej wielkanocnej, co jest obowiązkiem każdego katolika i katoliczki zgodnie z przykazaniami kościelnymi. Zofia Marianna Wróbel zapamiętała: Kolejki przed konfesjonałami przypominały te sklepowe. Ludzie przepychali się, wciskali między osoby już oczekujące, wypychali osoby słabsze; jednym słowem starali się jak najszybciej dotrzeć do konfesjonału i wrócić do domów.
Niedziela Palmowa, jak i Wielkanoc, to święto ruchome zależne od pierwszej wiosennej pełni księżyca. Dlatego, jak wspominała udrzynianka Zofia Marianna Wróbel, niedziele palmowe, których doświadczyła, były przeważnie ciepłe: Próbowaliśmy nieraz zakładać lekkie ubrania, a nawet boso biegać na podwórku lub za stodołą po młodziutkiej trawie – bardzo przyjemnej w dotyku w zetknięciu z delikatną skórą nóg.
W Wielkim Tygodniu, czyli między Niedzielą Palmową a Wielkanocą, był czas nie tylko na religijne przygotowanie do świąt, ale i porządki oraz szykowanie jedzenia na święta. Maria Żywirska zapisała: „Na święta Wielkanocne przygotowywano z wcześniej zabitego wieprza kiełbasy, tłuste boczki, a w ostatnim tygodniu pieczono wieprzowe mięso. W (...) wielki czwartek lub wielki piątek na dużych prostokątnych blachach pieczono pszenne drożdżowe placki z jajami i szafranem, dodając do ciasta olej, rzadziej masło lub inny tłuszcz. Placki musiały być duże i wysokie. Niekiedy ubierano je oddzielnie zagniecionym ciastem z większą ilością tłuszczu (w tym wypadku brano masło), formując je w wałki, które układano po przekątnych placka lub wokół jego krawędzi. Placki przed włożeniem do pieca smarowano jajkiem; zdobiące je wałki często pozostawiano nie smarowane, aby ornament wystąpił wyraźniej. Pszenne ciasto drożdżowe weszło do domu puszczańskiego dopiero na początku XX w., wcześniej w grupie pułtuskiej”.
Przed Wielkanocą garncarze z Pułtuska wyrabiali nową ceramikę, malowali misy i dzbany na kremowej polewie we wzory kwiatowe i roślinne, których używano do święconek. Tuż przed Wielkanocą wykonywali też miniaturowe dzbanki i miseczki do „święconego” dla dzieci, o czym wiemy z relacji Wandy Modzelewskiej z 1947 r.
![]() |
Źródło: „Stolica”, 38 (1983), 14, s. 3. |
Przygotować należało dom: wysprzątać, upiększyć. Sylwia Słojkowska-Affelska zaznaczyła, że wynoszono z domów wszystkie sprzęty i meble, myto je, ściany szorowano i bielono, czyszczono piece, a tuż przed Triduum Paschalnym wygaszano ogień, by w Wielką Sobotę przynieść nowy, z poświęconego ogniska, o czym niżej. Wanda Modzelewska zapisała: W czasie postu szykowano nowe wycinanki i pająki do przystrojenia na Wielkanoc chaty. Tym zajmowały się dziewczęta, ale często i chłopcy. W Puszczy Białej popularne były pająki promieniste (osiem ramion odchodzących promieniście od głównego elementu z bibuły i słomy odłożonej już w czasie żniw) oraz korony na ramy obrazów ze słomy i kolorowych kwiatów z bibuły.
Robiono też firanki z białego papieru, potem z białej bibuły. Potem wycinanki przeniesiono na ściany, a były to: kilkuwarstwowe gwiazdy (kółka) umieszczane na powałach, a na ścianach wstęgi, kółka i zielka.
![]() |
Wycinankarka z Puszczy Białej w czasie pracy, zdjęcie z wystawy w Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce. Fot. Maria Weronika Kmoch, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons |
![]() | |
|
![]() |
Zdobienie chaty na Kurpiach Białych, zdjęcie z wystawy w Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce. Fot. Maria Weronika Kmoch, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons |
Modzelewska podała: Szykowano piękne pisanki malowane woskiem i następnie gotowane w łupinach cebuli. Robiono też „wydmuszki” z jaj kurzych i gęsich, specjalność tego regionu. Wydmuszki strojono we wzory z rdzenia sitowia, włóczki kolorowej i skrawka tkanin lub złotego papieru. Nazywano je „piski”. Również Maria Żywirska nazywała jajka wielkanocne w Puszczy Białej piskami, ale wyjaśniła, że nazwa pochodzi od czasownika pisać, „gdyż kobiety puszczańskie zdobiły jajko „pisząc” na jego powierzchni ornamenty zgiętym drutem maczanym w wosku. Podobnie jak w wycinance, i w pisce przeważał motyw gałązki jodłowej”. Pisanki zdobione woskiem robili ci, co mieli wosk, bo hodowali pszczoły. Według Haliny Witkowskiej z Leman nie barwiono ich później, jajka były naturalnej barwy. Niemniej Maria Żywirska podała: „Piski gotowano (...) w odwarze cebuli lub w brazelii (farba kupowana w mieście, o żywym odcieniu brązowym)”. Bernard Kielak zaznaczył, że „Do II wojny światowej jajka barwiło się w barwnikach naturalnych: w wywarze z łupin cebuli, kory dębu, pędach młodego żyta, burakach, kwiatach kaczeńców. Niektóre kobiety na barwionych jajkach wyskrobywały czubkiem noża czy grubą igłą wzory według własnych pomysłów”. Sylwia Słojkowska-Affelska podała też, że barwiono jajka naturalnie także za pomocą buraka (kolor czerwony) lub żyta (kolor zielony).
Żywirska miała więc na myśli pisanki, a Modzelewska, choć podała nazwę piski, opisała oklejanki. Bernard Kielak w 2003 r. napisał: „Obecnie funkcjonuje w regionie nowe wzornictwo, które w części stało się synonimem plastyki puszczańskiej. Dzisiejsze pisanki przyozdabia się rdzeniem sitowia i kolorowymi wełnianymi nićmi, tworząc interesujące kompozycje o wzorach geometrycznych”. Etnografka Sylwia Słojkowska-Affelska zwróciła uwagę, że ten rodzaj wielkanocnego jajka pojawił się w Puszczy Białej na początku XX w. i z czasem bardzo się rozwinął, upowszechniając się w II połowie XX w. i stając się czymś charakterystycznym dla Kurpiów Puszczy Białej (choć pewne podobne sposoby zdobienia jajek np. z użyciem sitowia bywały i w innych regionach Polski). Oklejanka z Puszczy Białej w 2024 r. została wpisana na Krajową listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego.
Przygotowania do robienia oklejanek czyniono już jesienią, bo należało pozyskać sitowie rosnące na bagnach i w miejscach podmokłych, na mokrych ugorach, w olsie. W październiku, ewentualnie w listopadzie, nawet gdy już mróz ściął lód, szuka się kęp sitowia. Jeśli roślina ma na brzegu, jak opowiadała w 2017 r. Halina Witkowska z Leman, pomponik na brzegu, to znaczy, że jest dojrzała. Następnie czeka się tydzień, aż roślina obumrze. Potem czymś ostrym, np. nożyczkami, rozcina się łodyżkę i wyciąga biały rdzeń. Ten materiał pakuje się np. w kartony i przechowuje w chłodnym miejscu aż do czasu przed Wielkanocą. Można je przechowywać przez wiele lat. Warto też zaznaczyć, że kiedyś takie pisanki stawiało się do kredensu, do dekoracji. Zawleczki się robiło i na choinki się wieszało. A na Wielkanoc do koszyczków do dekorowania właśnie święconki. Jeśli zadbano, to takie oklejanki – odpowiednio przechowywane – mogły przetrwać wiele lat. Zdarzało się też, że jakieś robactwo wyżarło sitowie. Robienia oklejanek uczono się od bliskich, np. Halina Witkowska nauczyła się od teściowej i teścia.
W 2017 r. Witkowska opowiadała w Lublinie, podczas Festiwalu Re:tradycja, o tym, jak się robi oklejanki. Posłuchajmy: Trzeba dwie dziureczki zrobić, żeby dziureczkę wydmuchnąć (…). (…) ja ten otwór zaklejam. Jak mi się tam wyskubie za mocno tej wydmuszki, to nie ma problemu, bo ja ją i tak zakleję. (…) Więc nakładam klej (…). Naklejam na ten otwór, co mi się tu za duży zrobił. Mało jeden papierek, to dwa. I taką pisaneczkę odkładam do schnięcia. (…) Po przeschnięciu dalej etapami się robi. (…) włóczkę odzyskuję właśnie z elementów kiecek naszych, czy fartuchów, bo jest kolor niepowtarzalny i ja po prostu wypruwam i staram się wykorzystywać to właśnie do tych pisanek. (…) Bo to jest na krosnach robione. (…) żółty to jest mało w naszym kolorze. Tylko róż, czerwień zieleń. Jeśli chcę żółty wplątać, no niestety muszę korzystać z tych pasmanteryjnych włóczek. (…) pomyślałam sobie, że te kolory, które wkładam z włóczki, to jak gdyby mój strój, a ta biel koszula. I wykorzystujemy wzory przenoszone z haftów, czyli te półkółka, kółka, tu gdzie się kółeczko było. Te, które są na haftach, to staramy się przenosić na wydmuszkę. (…) Nie w całości, ale chociaż w części. Klej robi się z mąki żytniej wymieszanej z wodą i podgrzanej. Po podgrzaniu ona się tak troszeczkę właśnie zgęstnie i jeszcze bardziej jest taka bura i wtedy nanosimy ten klej na wydmuszkę, naklejamy. I tu jest plus dla tego kleju, że nie wysycha tak szybko. Także jeżeli ja jakiś tam zrobię niefortunnie zygzaczek, że ten ząbek mniejszy, czy większy, to wykałaczką przesuwam i jeszcze z 10 minut mogę manewrować sobie na tej wydmuszce. Natomiast kleje te wszystkie biurowe szybciutko zasychają i nie można nic zmienić. A tu nie zasycha, więc możemy sobie poprawiać i udoskonalać. (…) Ta wykałaczka jest po to, żeby to wszystko dopracować. docisnąć, bo jak paluszkami byśmy zaczęli dociskać, to by się niszczyli, bo ten klej jest bardzo klejący. (…) Tym patyczkiem, tą wykałaczką mogę przesuwać i wtedy nie wysycha i ja mogę to naprawić. Sitowie pozyskane jesienią wystarczy zwilżyć, czyli obłożyć na kilka minut mokrą lnianą ściereczką, wówczas nabiera elastyczności i można z nim pracować. Jak zaznacza Halina Witkowska, Robienie oklejanki zaczynamy od szerszej strony. (…) Jedną trzecią smarujemy klejem, tak nie za dużo i nie za mało. Tak trzeba trafić. Bo jak za dużo, będzie wychodziło ten klej między sitowie. I teraz robimy podstawę. (…) trzeba przycinać teraz na skos, żeby było cieniutko teraz i okręcamy. (…) przeważnie trzy okrężenia sitowiem, to taka norma jest. I przycina się tak na skos, żeby przylegało. (…) I nic nie możemy na szybko. To musi zasychać. (…) Każdy ma jakąś tam technikę miał. Ale myślę, że wszyscy się trzymali (…) jednego. Mogły być bardziej dokładne, mniej dokładne, ale jeśli chodzi o układanie tych półkół, kół, to raczej były podobne.
Warto też wyjaśnić symbolikę tego, o czym napisałam i co jeszcze się pojawi poniżej. Nowe ozdoby w domach miały na celu symbolizować nowy początek – jak przyroda budziła się do życia, tak i dom przyoblekano w nowe ozdoby. I palmy, i jedna z form wycinanki – zielko – nawiązują do drzewa życia, czyli symbolu rajskiego drzewa z Edenu, którego owoce zapewniały nieśmiertelność. Co ciekawe, ozdobne drzewo pojawiało się w mitologii prehistorycznej Mezopotamii, Egiptu, Grecji, Babilonii, Persji i Indii, jako jako symbol drzewo życia pojawiło się dopiero w judaizmie. Drzewo życia w kulturze symbolizowało wieczne odradzanie się przyrody, a jednocześnie przemijanie ludzkiego losu i jego łączność z żywiołami (przez korzenie z ziemią i wodą, przez pień i koronę z powietrzem i ogniem w postaci słońca). Dla chrześcijan drzewo życia tożsame było z krzyżem, na którym umarł Chrystus i w ten sposób, zbawiając ludzi, dał im szansę na życie wieczne. To, że w palmach występowały zielone, żywe gałązki, miało zaczarować, obudzić przyrodę do życia. Gałązki wierzby pojawiające się w palmach jednocześnie nawiązywały do dziadów wiosennych, bo wierzbę określano mianem drzewa zmarłych. Kolor zielony w plastyce obrzędowej, ale też jako kolor farbowanych jajek, symbolizuje (nowe) życie, biały (np. obrus na stole) to czystość i niewinność. Dawno, dawno temu jajka barwiono na czerwono (stąd nazwa kraszanki), ponieważ czerwony to symbol krwi, odradzającej się przyrody, nowego życia, zmartwychwstałego Chrystusa triumfującego nad śmiercią po wcześniejszej Męce. Warto też wiedzieć, że dawniej na jajkach ryto lub malowano symbole o znaczeniu magicznym, były to kształty związane z kultem solarnym, a same jajka do dziś symbolizują życie, nowy początek, idealnie więc pasują i do Wielkanocy jako uroczystości chrześcijańskiej, i do początku nowego roku agrarnego (rolniczego), do świętowania początku wiosny.
W końcu następowało Triduum Paschalne, czyli trzy dni poprzedzające Wielkanoc (Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielka Sobota). W Wielkim Tygodniu zaostrzano post. Anastazja Bubel z Wyszkowa wspominała: Dzieci dostawały tylko mleko, ale już sera nie można było spożywać. W Wielki Piątek, jak zapisała Wanda Modzelewska, nie przelewano krwi, więc nie bito ani drobiu, ani trzody. W Wielkim Tygodniu nie wolno było pracować na roli (oranie, kopanie) ani wykonywać cięższych prac (cięcie drewna, ubój zwierząt), nie można też było prząść, tkać itp. Sylwia Słojkowska-Affelska przypomniała też, że w Wielki Piątek zakrywano lustra i wytłumaczyła, że ograniczenia te związane były z dawnym przedchrześcijańskim, obchodzonym w tym czasie, wspomnieniem zmarłych (tzw. dziady wiosenne). Dusz odwiedzających żywych nie należało straszyć, należało im pomóc. Dlatego np. w Wielki Czwartek w obrębie wsi rozpalano ogniska, by oświetlić im drogę, by mogły się ogrzać. Wszystkie przedświąteczne prace należało skończyć do Wielkiego Piątku do godz. 15.00, by uszanować czas śmierci Jezusa i złożenia go w grobie.
Wielki Czwartek jest pamiątką ustanowienia sakramentu święceń kapłańskich i Eucharystii. Zofia Marianna Wróbel zapamiętała, że w jej parafialnym kościele w Porębie tego dnia w czasie Mszy Wieczerzy Pańskiej kapłan obmywał stopy wybranych 12 wiernych. Po zakończonej Mszy Świętej następowała uroczystość symbolicznego przeprowadzenia Chrystusa do ciemnicy. W procesji z udziałem wiernych kapłan przenosił hostię z ukrytym Ciałem i Krwią Zbawiciela z tabernakulum do przygotowanego miejsca czyli ciemnicy. W parafii Brańszczyk – według relacji proboszcza z 1924 r. – grób Jezusa urządzano w głównym ołtarzu w Wielki Czwartek. Zajmowała się tym służba kościelna, bractewni i tercjarki. Po przeniesieniu Najświętszego Sakramentu do grobu dwie dziewczyny w bieli stale adorują na klęcznikach Sanctissimum.
W Wielki Czwartek milkną (do rezurekcji) dzwony w kościołach. Zastępowano je drewnianymi kołatkami. Bernard Kielak zapisał, że kołatek młodzi chłopcy używali też na terenie wsi, „czyniąc nieopisany hałas”. Sylwia Słojkowska-Affelska zaznaczyła, że zastąpienie dzwonów, które odpędzały złe siły, kołatkami, których dźwięk kojarzył się z niepokojem, dezorientował, oznaczało zmianę: Bóg umarł, ziemię opanowały siły diabelskie, należy uważać.
Wielki Piątek to jedyny dzień w roku, kiedy w kościołach nie odprawia się mszy. Po Adoracji Krzyża i komunii dokonuje się symbolicznego złożenia Ciała Chrystusa do Grobu Pańskiego. Obowiązywał ścisły post. Przy grobie Chrystusa wystawiano straże.
W Wielką Sobotę w domu Zofii Marianny Wróbel szykowano chrzan na wielkanocne śniadanie. Udrzynianka wspomina: Była to robota tatusia, który wykopywał korzenie dziko rosnącego chrzanu, następnie płukał, odcinał drobne odrosty nie nadające się do wykorzystania, odebrane zdrowe kawałki skrobał i ścierał na tarce. Reszta należała do mamusi, która dodawała sól, cukier i trochę gęstej śmietany. Po całym domu roznosił się ostry, gryzący zapach chrzanu, który drażnił oczy do łez i który najbardziej dawał się we znaki osobie ścierającej, czyli tatusiowi.
Tego dnia święcono pokarmy na stół wielkanocny. Maria Żywirska zanotowała: „W wielki piątek lub wielką sobotę, kiedy prace przedświąteczne dobiegały końca, na najpiękniejszym malowanym w kwiaty talerzu (…) lub misce układano mały, specjalnie w tym celu upieczony bochenek chleba, sól w solniczce, malowane piski, otaczano to wiankiem kiełbasy i ubierano gałązkami borówek. Całość obwiązywano czystym kawałkiem płótna i niesiono do kościoła do poświęcenia”. Udrzynianka Zofia Marianna Wróbel zapisała, że ze święconką do kościoła w Porębie wyprawiał się ktoś z dorosłych, często z dziećmi lub z dzieckiem. Tradycyjnie do wyścielonego serwetką koszyka mamusia wkładała kilka jajek zabarwionych podczas gotowania w wywarze z łusek cebuli, kawałek kiełbasy, kawałek chleba, sól i na koniec zdobiła zielonymi gałązkami. Oprócz mamusi przygotowaniem koszyczka ze święconką mogła zająć się starsza córka (...). Znalazło się również miejsce dla cukrowego baranka. Nie pamiętam, żeby była przesada w ilości poświęconych pokarmów (...). Było raczej skromnie. Niemniej Bernard Kielak zaznaczył, że w międzywojniu „istniał w regionie zwyczaj wyznaczania jednej z chałup i przynoszenia do niej jadła do poświęcenia. Wielu mieszkańców Puszczy Białej uważało, iż święcone powinno być jak najokazalsze, wtedy nie zabraknie jedzenia na cały rok. Do wyznaczonej chałupy przyjeżdżał ksiądz i święcił przyniesione pokarmy”. Jajek w święconce musiało być nieparzyście, a koszyczek dekorowano gałązkami borówek. Po II wojnie światowej koszyczki stały się mniejsze i upowszechniło się święcenie pokarmów w kościołach, ale już w 1924 r. proboszcz parafii Brańszczyk pisał, że święcenie pokarmów odbywało się po mszy Wigilii Paschalnej, w kościele, a święconki wierni przynosili w woreczkach do kościoła. Kielak zapisał też, że „Kiedy gospodyni wraca do domu, trzykrotnie mówi zaklęcie: Święcone w domu – robactwo z domu, co ma zabezpieczać chałupę przed szkodnikami”.
![]() |
Święcenie święconki w kościele pw. św. Rocha w Sadykrzu na potrzeby sesji zdjęciowej do wpisu oklejanki na Krajową listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego, 2023 r. Źródło (dostęp 4 IV 2025 r.). |
![]() |
Święcenie święconki w kościele pw. św. Rocha w Sadykrzu na potrzeby sesji zdjęciowej do wpisu oklejanki na Krajową listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego, 2023 r. Źródło (dostęp 4 IV 2025 r.). |
Wieczorem podczas Wigilii Paschalnej święci się ogień i wodę chrzcielną. Zofia Marianna Wróbel wspominała: Po zakończeniu sobotniego nabożeństwa wierni z ogniska wcześniej rozpalonego i poświęconego zabierali kawałki nadpalonego drewna, cierniste gałązki, nabierali w przygotowane naczynia święconej wody, aby zanieść do domów. Przy tej okazji dochodziło do humorystycznych zdarzeń. Ludzie, opanowani jakimś niewytłumaczalnym szałem, tłoczyli się i przepychali, walczyli wręcz o pierwszeństwo zdobycia „ognia i wody”. W tym zamieszaniu niejeden sparzył się, wpadł na gorące jeszcze węgle, a przy czerpaniu wody zachlapał się, umoczył rękawy, omal nie został wepchnięty do beczki. Na pewno było to związane z chęcią zapewnienia sobie pomyślności, pierwszeństwo w dostępie do ognia i wody, poświęconych przez księdza, miało zapewnić gospodarzowi dobrobyt. Bernard Kielak doprecyzował, że za pomocą węgielków z poświęconego ogniska w Wielkanoc zapalano ogień w piecu. Nazywano go nowym ogniem. W okresie Wielkiej Nocy (podobnie jak w czasie Bożego Narodzenia) – według relacji B. Kielaka – kobiety w Puszczy Białej „składały w kościele lampki do grobu Pana Jezusa jako ohiarki z prośbą o pomyślność w gospodarce”.
Obchody Wielkanocy, rozpoczęte Wigilią Paschalną po zachodzie słońca w Wielką Sobotę, kumulowały się podczas rezurekcji – mszy o wschodzie słońca w Niedzielę Wielkanocną. Proboszcz parafii Brańszczyk ks. Wacław Michał Wacławski w 1924 r. zapisał, że w Wielkanoc Wierni już od północna zbierają się przy kościele a po otwarciu takowego śpiewają pobożne pieśni u grobu Pana Jezusa. Dawniej bywało, że rezurekcje odprawiano w nocy z Wielkiej Soboty na Wielkanoc. Ważnym elementem rezurekcji jest procesja wokół kościoła z Najświętszym Sakramentem i figurką Zmartwychwstałego Jezusa. W Porębie, jak wspominała Zofia Marianna Wróbel, procesja (…) trzykrotnie okrążała kościół. Mężczyźni nieśli chorągwie, kobiety obrazy na drążkach, posążki świętych. Szli ministranci, ksiądz z Monstrancją pod złoconym baldachimem, podtrzymywanym przez czterech gospodarzy, szli i śpiewali wierni. Biły dzwony, które rozkołysali ręcznie przy pomocy sznurów wyznaczeni młodzieńcy (…). Kościół wypełniony był do ostatniego miejsca. Szczęśliwcy siedzieli w ławkach, reszta stłoczona do maksimum stała. Nabożeństwo było długie, trwało ponad dwie godziny. Zdarzały się więc omdlenia. Ludzie gorąco modlili się i z zapałem śpiewali. Okazała procesja odbywała się w Brańszczyku. Proboszcz zanotował: Cała procesja urządzona bywa zwykle jak najuroczyściej, dziewczyny wszystkie w bieli, młodzieńcy do proporców w białych rękawiczkach, bractewni i szwajcarzy w komżach i białych rękawiczkach, dzieci do sypania kwiatów w świeże, czyste i pięknych jednakowych ubraniach a ministranci w komżach, wszystko piękne. Szwajcarzy i bractewni pilnują porządku, ażeby wszyscy szli równo, w porządku, a wierni żeby nie wychodzili przed celebransa. Przy biciu w dzwony i śpiewie wiernych procesja obchodzi trzy razy naokoło kościoła. Na wiejską parafję ta procesja wygląda wspaniale, gdyż wpływa na to obfitość chorągwi ładnych i proporców, feretronów, piękne ubrania obsługi, i ten wzorowy porządek, jaki wszyscy zachowują.
Z rezurekcji, tak jak z pasterki, należało wrócić do domu jak najszybciej. Stanisław Ciach z Tulewa Dolnego i Julian Pujer ze Stasina zapamiętali, że wierzono, że kto pierwszy przyjechał z rezurekcji, ten mógł liczyć na tym wyższy urodzaj pszenicy. Mówiono też, że zwycięstwo w takim wyścigu generalnie wróżyło lepsze plony, co zapamiętała Stanisława Szymańska z Dudowizny. Zwyczaj – najczęściej w odniesieniu do pszenicy – pamiętali też Czesław Rembała z Bielin, Kazimiera Wóltańska z Rząśnika, Maria Gwarzyńska z Wyszkowa, Genowefa Sadowska z Augustowa i Stefan Mąka. Wracano, jak wspominał Józef Rozenek z Turzyna, wozami. Co ciekawe, Do wyścigów po rezurekcji przygotowywano się dłuższy czas – przez miesiąc konie były karmione lepszą paszą, jak podał Ryszard Sztorc z Wyszkowa.
Po II wojnie światowej, jak opowiadał Marek Bala z Leszczydołu-Nowin, na Wielkanoc istniał zwyczaj strzelania z karbidu w puszce. Wspominał to również Józef Jeż z Somianki. Bernard Kielak doprecyzował, że „liczne, a czasem bardzo głośne wystrzały z samopałów czy kalichlorku” towarzyszyły rezurekcji. Był to bardzo stary zwyczaj, który w Puszczy Białej wiązał się też z tym, że Kurpie jako m.in. myśliwi posiadali strzelby.
Po powrocie z rezurekcji rodzina zasiadała do śniadania wielkanocnego. Zofia Marianna Wróbel zapisała: Tatuś brał do jednej ręki miseczkę ze święconą wodą, do drugiej kropidło i święcił kolejno izby mieszkalne. Następnie wychodził na podwórko i okrążając je, kropił święconą wodą. Wracał do domu, gdzie po krótkiej modlitwie siadaliśmy do stołu i dzieliliśmy się święconym jajkiem – symbolem życia. O takim przebiegu wielkanocnego poranka pisał też Bernard Kielak. A co jedzono na śniadanie? Zofia Marianna Wróbel pisała, że najważniejsze były jajka ugotowane na twardo, posolone i przygotowane w dużej ilości. Poza tym świeżo upieczony chleb, wędlina, głównie kiełbasa, którą na te święta przeważnie kupowano. Gotowana była zawsze kiszona kapusta z dodatkiem sporej ilości mięsa. Przyprawą, której nie mogło zabraknąć na świątecznym stole, był świeżo utarty chrzan (…). Chrzanu używano do jajek i wędliny. Na stole wielkanocnym była również ćwikła, czyli starte na tarce czerwone buraki. Na pierwsze po długim poście świąteczne śniadanie podawano potrawy w dużej ilości, aby wszyscy mogli najeść się do syta. Szczególnie łapczywie jadły dzieci, nie dowierzając, że tego dnia dla wszystkich wystarczy. Zdarzały się nieprzyjemne sytuacje, gdy dziecko nie dawało rady połknąć zbyt dużej porcji jedzenia, nałożonego do buzi (po kurpiowsku – do gęby) i „zapychało” się. Ratunkiem była woda i uderzanie pięścią w plecy. Pomagało.
Maria Żywirska pisała o świątecznym jedzeniu w Puszczy Białej tak: „Na początku XX w. w grupie ostrowskiej, we wsiach ukrytych w borach, na święta Wielkanocne (…) pieczono specjalne ciasto, zw. także grycaki. Grycaki świąteczne pieczono z drobnej kaszy gryczanej lub mąki gryczanej, mieszając je z wodą i niewielką ilością drożdży i soli. Również do tego typu grycaków były specjalne garnki, nieco odmiennego kształtu niż zwykłe, używane do gotowania. Po wyjęciu z pieca grycaki oblewano tłuszczem wieprzowym i wyjmowano z garnka po kawałku. Najsmaczniejsze zdaniem starych informatorów były grycaki gorące, które jedzono wybierając ciasto łyżką. Dopiero poi zwiększeniu zasiewów pszenicy oraz udoskonaleniu pieca zaczęto wypiekać pszenne placki drożdżowe. Oprócz pszennych placków, z tego samego ciasta pieczono pierogi z serem. Mały, rozpłaszczony na dłoni placuszek ciasta napełniano nieco osłodzonym serem, czasem wymieszanym z jajkiem, poczem zamykano go łącząc nieforemne brzegi i pieczono w piecu”. Etnografka Sylwia Słojkowska-Affelska mówiła, że w Puszczy Białej świąteczne pierogi pieczono z ciasta drożdżowego i miały kształt bułeczek. Na święta musiała być kiełbasa, najlepiej własnoręcznie zrobiona przez gospodarza, pieczywo – chleb z mąki żytniej, pytlowej, na wcześniej zrobionym zakwasie – i wspomniana wcześniej kapusta. Aleksandra Ciskowska-Karłowicz z KGW „Nad Stawem” w Dębinach wspominała, że w święta przysmakiem była przysucha, czyli kawałek mięsa wieprzowego, który po uprzednim leżakowaniu w solance, suszony był przez dwa miesiące na haczyku nad kuchnią. Przysucha stanowiła przekąskę, z powieszonej sztuki mięsa odkrajano małe, ususzone kawałki mięsa, a reszta suszyła się dalej. Jadało się też żurek lub barszcz biały na naturalnym zakwasie.
Stół wielkanocny był przykryty białym obrusem. Ozdobą była święconka i jej zawartość, w tym zielone gałązki borówek lub bukszpanu. Gdy upowszechniła się bielizna stołowa z haftem kurpiowskim Puszczy Białej, zdarzało się, że właśnie w taki sposób dekorowano stół wielkanocny. Bywało, że i święconkę wykładano serwetą z haftem typowym dla regionu.
![]() |
Stół wielkanocny w Kuźni Kurpiowskiej w Pniewie, 2018 r. Fot. Ilona Gołebiewska. Źródło (dostęp 4 IV 2025 r.). |
![]() |
Stół wielkanocny na potrzeby sesji zdjęciowej do wpisu oklejanki na Krajową listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego, 2023 r. Źródło (dostęp 4 IV 2025 r.). |
Warto też dodać, że czasem w parafiach organizowano spotkania wielkanocne w formie śniadania dla osób należących do organizacji religijno-społecznych. Mamy informację o takim wydarzeniu w Obrytem w 1935 r. Zorganizowały je oddziały Akcji Katolickiej. Posłuchajmy: Na tej tradycyjnej uroczystości zgromadzili się nie tylko członkowie i członkinie Stowarzyszeń, lecz także inni parafianie i nasz Asystent Kościelny ks. Latarski. Po poświęceniu jajek i przemówieniu ks. Proboszcza miło i przyjemnie było słuchać wierszyka o dzieleniu się jajkiem, wygłoszonego przez małą dziewczynkę, trzymającą talerzyk pięknych kraszanek. Następnie odbyło się dzielenie jajkiem, wśród wzajemnych życzeń. Później wygłoszono referat, deklamacje i śpiewano pieśni na cześć Chrystusa Zmartwychwstałego. Nie brakło również szczerego i serdecznego śmiechu. Burzę oklasków i powinszowań zdobyli sobie deklamatorzy chór złożony z druchen i druhów Na zakończenie miał przemówienie ks. Kanonik który podziękował obecnym za łaskawe przybycie, w imieniu zaś gości podziękował tym wszystkim, którzy przyczynili się do tak miłej uroczystości.
![]() |
Źródło: „Stolica”, 23 (1968), 14–15, s. 28. |
Kazimierz Piątek z Wyszkowa zapamiętał zwyczaj o wydźwięku magicznym: W święta wielkanocne był zwyczaj obsypywania domu skorupkami od jajek, by kury się dobrze niosły. Bernard Kielak pisał, że interpretowano to następująco: „by kurczaki dobrze się chowały, by trzymały się domu i nie uciekały, by kury się niosły, by robactwo nie wchodziło do domu, by był urodzaj”. Zapisał też, że resztki święconki po śniadaniu „zbierano i palono”, bo poświęconych przedmiotów, jedzenia itp. nie można wyrzucać.
Dawniej Wielkanoc świętowano aż trzy dni. W Wielkanoc nie organizowano jednak wesel i zabaw tanecznych. W kościele nie odprawiano nieszporów. Świętowano w rodzinach, nie odwiedzano nawet bliskich. Jak zanotował Bernard Kielak, jedynie „po południu lub wieczorem zbierali się młodzi ludzie w grupy i z koszem w ręku chodzili od chałupy do chałupy śpiewając na przykład tak: W Wielki Czwartek, Wielki Piątek Cierpiał Pan Jezus za nas smutek. Otrzymywali za to jajka, kiełbasę i inne jedzenie, każda gospodyni chciała dać coś na „wykup”, za co podziękowaniem były kolejne pieśni – opowiadała w 1993 r. Julianna Puławska z Pniewa. Jak zapamiętała Rozalia Marcinkiewicz z Deskurowa, w jej wsi śpiewano pieśni pod oknami ok. 24.00 – zarówno kościelne, jak i ludowe – „Wesoły nam dziś dzień nastał” lub: „Pani gospodyni mało chleba dała, Poszła do gospody, godzinę krajała Kroi ona, kroi, jak dębowy listek, I jeszcze się pyta, czy ja go zjem wszystek”. O wykupie opowiadała też Władysława Rakowska: W okresie Wielkanocy chłopcy chodzili „po podokiennym”. Zbierali pieniądze, a także kiełbasę, jajka i sery. Gospodynie prześcigały się, która da więcej.
Stanisława Szymańska z Dudowizny wspominała, że w Wielkanoc nie można było nic robić, nawet pościelić łóżka. Tak wielkie to było święto! Maria Żywirska, wtórując tym relacjom, zapisała: „W pierwszy, a nawet w drugi dzień świąt nie palono ognia na kuchni; spożywano jedynie zimne mięso, kiełbasę, świąteczne ciasta, gotowane na twardo jaja, popijając to piwem lub kwasem chlebowym”. Potwierdza to Sylwia Słojkowska-Affelska, która w Katolickim Radiu Diecezji Płockiej mówiła, że w Wielkanoc potrawy jedynie podgrzewano, a szykowano je wcześniej na jednym ogniu. Niemniej, jak zapisała Zofia Marianna Wróbel, indywidualnie można było dzień zacząć od kąpieli w jeziorze lub w Bugu. Był taki zwyczaj, nie wiem, jak długo przestrzegany, że młodzi ludzie skoro świt, przed rezurekcją, biegli półnadzy, żeby zanurzyć się w najbliższym zbiorniku wody. Dla naszej rodziny i mieszkańców naszego brzegu Udrzyna było to jezioro Koło. Miało to zapewnić zdrowie – przynajmniej w danym roku. Na ile to było skuteczne, nie wiem, ale na pewno bieg i zimna woda hartowały człowieka, co miało istotne znaczenie dla zdrowia. (…) moje starsze rodzeństwo na pewno próbowało pierwszych kąpieli w bardzo zimnej wodzie.
Do zwyczaju związanego z wodą i Wielkanocą odnosił się Bolesław Kachel z Ciółkowa, który mówił, że w poranek wielkanocny głowa rodziny szła do strumyka, aby zaczerpnąć wody. Po powrocie każdy członek rodziny się w niej umył. Z kolei Bernard Kielak zapisał, że obmycia się „w wodzie z rzeki lub stawu, a jeśli tych nie było w pobliżu, to wodą wprost ze studni”, które miało zapewnić „zdrowie, tężyznę i urodę, chroniło przed krostami, liszajami itp.”, dokonywano jeszcze przed wyjazdem na rezurekcję.
Oskar Kolberg, obserwując Kurpiów w Porządziu i Pniewie, zapisał, że w Poniedziałek Wielkanocny obchodzono oblej i wykup. Oblejem ten dzień nazywał też Adam Dalewski w przewodniku po powiecie pułtuskim. Z kolei Bernard Kielak pisał, że w Puszczy Białej ten dzień zwany był leją lub dniem św. Leja. Gdy zatem obleją kogo wodą, mówią, iż dostał on obleja – zanotował Kolberg. A oto wspomnienia Zofii Marianny Wróbel z Udrzyna: Wszystko było w porządku, gdy dwie grupy albo dwie osoby rywalizowały ze sobą, równorzędnie walczyły, ganiały się i wzajemnie oblewały wodą. Ale gdy ktoś wyszykowany do kościoła, znienacka i często z ukrycia został zmoczony, to na pewno był to kiepski żart. Podobnie można ocenić oblanie mniejszego i dużo słabszego od siebie. A już zupełnie chamskim zachowaniem było prześladowanie dziewczyn przez wiejskich pseudo kawalerów, którzy zmawiali się i atakowali je, aby jedną z nich oddzielić, złapać i wylać na nią kilka wiader wody. Podobno tak się zalecali. Jeśli zachowali umiar, to panny nie obrażały się, ale same uzbrojone w naczynia z wodą odpierały ataki. Kazimierz Urbaniak z Gulczewa twierdził, że każda dziewczyna chciała być oblana wodą, ponieważ dziewczyny, które nie były oblane wodę, twierdziły, że są nieuważane przez chłopców. Podobnie tłumaczyła zwyczaj Apolonia Żuromska z Brańszczyka. Marianna Śliwka z Łosinna wspominała, że te dziewczęta, które siedziały w domu, zostały po prostu wyciągane z nich siłą przez chłopców. Bywało też, jak wspominała Sylwia Słojkowska-Affelska, że matki panien na wydaniu zapraszały do domów kawalerów, by oblali dziewczęta wodą. Z kolei Zofia Śniadała z Długosiodła zaznaczyła, że chłopcy oblewali panny, które tego chciały, choć jednocześnie wierzono, że która panna nie zostanie oblana, nie znajdzie męża. Józef Gałązka związany z Wyszkowem i Porębą tłumaczył to tym, że Która najwięcej razy była oblana, cieszyła się największym powodzeniem. Genowefa Sadowska z Augustowa wspominała, że oblewano nawet we wtorek po Wielkanocy i że Zmoczone (…) panny miały większe szanse na zamążpójście, a ta, która się obraziła, nieprędko znalazła męża. Tadeusz Ciok z Kamieńczyka opowiadał, że można było się wykupić od przesadnego oblania, jeśli dziewczyna przyrzekła, że postawi wódkę – wtedy chłopcy przestawali ją oblewać wodą. A robili to przy studni! Karolina Marszał z Kamieńczyka pamiętała, że dziewczęta wrzucano nawet do koryt lub balii z wodą. Aleksandra Ciskowska-Karłowicz z KGW „Nad Stawem” z Dębin mówiła, że dziewczyna mogła wykupić się od obleja, darując zalotnikowi oklejankę. A może to było potwierdzenie wyboru chłopaka, jak sugerowała Sylwia Słojkowska-Affelska, a nie forma wykupu? Potwierdzenie kunsztu panny? Dziewczęta prześcigały się bowiem w tym, która zrobi dla chłopaka ładniejsze jajko wielkanocne. Warto też wspomnieć, że oblanie domownika wróżyło odpowiednią ilość deszczu dla zasiewów danego gospodarza, więc wyczekiwano obleja i liczono na jego obfitość. Wszystko to miało z jednej strony moc oczyszczającą, z drugiej zapładniającą, rozwijającą, budzącą do życia.
![]() |
Oblej w Sadykrzu, 1967 r. Fot. Marian Pokropek. Zbiory Muzeum Regionalnego w Pułtusku. Źródło (dostęp 4 IV 2025 r.). |
![]() |
Oblej w Sadykrzu, 1967 r. Fot. Marian Pokropek. Zbiory Muzeum Regionalnego w Pułtusku. Źródło (dostęp 4 IV 2025 r.). |
![]() |
Oblej w Sadykrzu, 1967 r. Fot. Marian Pokropek. Zbiory Muzeum Regionalnego w Pułtusku. Źródło (dostęp 4 IV 2025 r.). |
![]() |
Oblej w Sadykrzu, 1967 r. Fot. Marian Pokropek. Zbiory Muzeum Regionalnego w Pułtusku. Źródło (dostęp 4 IV 2025 r.). |
![]() |
Oblej w Sadykrzu, 1967 r. Fot. Marian Pokropek. Zbiory Muzeum Regionalnego w Pułtusku. Źródło (dostęp 4 IV 2025 r.). |
![]() |
Oblej w Sadykrzu, 1967 r. Fot. Marian Pokropek. Zbiory Muzeum Regionalnego w Pułtusku. Źródło (dostęp 4 IV 2025 r.). |
![]() |
Oblej w Sadykrzu, 1967 r. Fot. Marian Pokropek. Zbiory Muzeum Regionalnego w Pułtusku. Źródło (dostęp 4 IV 2025 r.). |
W drugi dzień świąt psotowano też na inne sposoby. Czasem już w nocy z Wielkanocy na Poniedziałek Wielkanocny, jak zaznaczyła etnografka Sylwia Słojkowska-Affelska, młodzi chłopcy dokonywali kradzieży obrzędowych: zamieniali miejscami bramy do różnych gospodarstw, otwierali bramy i wypuszczali bydło, zaciągali na dach stodoły wozy i inne sprzęty gospodarskie. Podobne rzeczy działy się w półpoście i w sylwestra.
Aleksandra Ciskowska-Karłowicz z KGW „Nad Stawem” z Dębin zaznaczyła, że po wykupie chodzono z kogucikiem: Zaraz po obleju gromada małych chłopców chodziła po wsi z bogato zdobionym kogucikiem na wózku. Dzieciarnia śpiewała, a gospodynie częstowały przysmakami, dziękując za życzenia. Adam Dalewski w przewodniku po powiecie pułtuskim zaznaczył, że kogucik był gliniany, ozdabiano go zielenią. Bonifacy Kozłowski doprecyzował, że kogucika zdobiono naturalnymi piórami. Sylwia Słojkowska-Affelska zaznaczyła, że czasem gliniany kogucik... miał ściętą głowę prawdziwego koguta! Czasem też na wózku umieszczano inne ceramiczne lub wykonane z ciasta figurki (kózki, ptaszki, a według Kozłowskiego także koniki i baranki). Bonifacy Kozłowski zapisał piosenkę, którą śpiewano, podchodząc do wybranego domu:
A my tu z kurkiem rano wstali
zimnu rosę otrzunsali.
Wieziewa tu kogucika
dajta jajek do kosyka!
Dajta aby choć ze ćtery
a do tygo ze dwa sery
dl akogucika!
Kukuryku!
Gdy kobiety dziwiły się, kto przychodzi i tak śpiewa, gromada odpowiadała:
Do was tutaj wstęmpujewa
zdrowzia, scęńścia winsujewa!
Dajta tyz, co macie dać
co dobrygo nie załować
dla kogucika!
Kukuryku!
Odjeżdżając z wykupem, chłopcy śpiewali:
Ej, zieleni się, zieleni
młoda trawka tuz przy ziami.
Kukuryku, kukuryku!
Juz i pełno jest w kosyku dla kogucika!
Kukuryku!
![]() |
Chodzenie z kogucikiem. Źródło: B. Kozłowski, Folklor muzyczny i taneczny Puszczy Białej. Pieśni i tańce, widowisko weselne, obrzędy i zwyczaje, Warszawa 2004. |
Aleksandra Ciskowska-Karłowicz dodała: I tu znowu pojawia się oklejanka w roli głównej, ponieważ obdarowywali nimi chrzestni swoich chrześniaków. Potwierdza to relacja Zofii Marianny Wróbel z Udrzyna: dzieci tradycyjnie chodziły do swoich rodziców chrzestnych, którzy spodziewając się takich odwiedzin, byli na nie odpowiednio przygotowani. Dawali swojemu chrzestnemu dziecku jakiś podarunek: cukierki, ciastka, kawałek ciasta. Dotyczyło to tylko młodszych dzieci, starsze wstydziły się przypominać o sobie swoim rodzicom chrzestnym. Ja też parę razy przypomniałam „obowiązek obdarowywania” mojemu ojcu chrzestnemu, stryjowi Frankowi Perzynie i matce chrzestnej, stryjnie Wilczkowej) (nazwisko Wilczek po drugim mężu, a po pierwszym – Perzyna). Rodzice zakazywali takiego, jak to nazywali, dziadowania, ale nie o wszystkim przecież musieli wiedzieć. Również Rozalia Marcinkiewicz z Deskurowa zapamiętała, że dzieci chodziły za wykupem w postaci jajek lub pieniędzy. Co więcej, już w 1870 r. Oskar Kolberg, prowadząc obserwacje w Pniewie i Porządziu, zauważył: Za dyngusem, tu zwanym wykupem, chodzą tylko dzieci do swych chrzestnych rodziców. Dostają za to kawałki placka i kilka jajek.
O ile pierwszy dzień świąt był zarezerwowany dla rodziny, to drugiego dnia można było się spotykać z dalszą rodziną, znajomymi, urządzać wesela, potańcówki. Był też trzeci dzień świąt (podobnie jak w przypadku Bożego Narodzenia) – dzień wolny od pracy, przeznaczony na odpoczynek. Do kościoła rzadko kto się wyprawił, chyba że starsze osoby. Większość odpoczywała i oddawała się rozrywkom – wspominała udrzynianka Zofia Marianna Wróbel.
Dawniej w okresie Wielkanocy młodzież wiejska budowała bardzo duże huśtawki. Wiemy o nim z relacji wielu osób z Puszczy Białej. Dlaczego? Bo im wyżej się bujasz, tym większe powodzenie w nowym roku. Była to forma wróżby, zaklinania rzeczywistości. Franciszek Deptuła mówił, że dawniej w okresie wielkanocnym każdy gospodarz w swojej zagrodzie stawiał olbrzymią bujawkę. Marian Abramczyk zapamiętał, że huśtawkę tworzyły dwa wysokie slupy do 10 m wysokie, do nich były przymocowane dwa drążki z deską. Podobnie huśtawkę opisywał Stanisław Ciach z Tulewa. Na huśtawce spędzano nawet całe święta! Jan Trawicki z Marianowa pamiętał, że huśtawki po II wojnie światowej budowano na wysokość 5–6 metrów, a po rozbujaniu można było się unieść do kilku metrów ponad ziemią. I Janina Ciach z Gulczewa pamiętała, że bujacki budowano niemal w każdej wsi. Korzystały z nich głównie dzieci i młodzież. Janina Sieńkowska z Komorowa zapamiętała, że bujawki i krętawki miały wysokość 4 m. Najobszerniej o bujackach opowiedziała Zofia Marianna Wróbel z Udrzyna. Posłuchajmy: W naszym brzegu [wsi – przyp. M.W.K.] przeważnie były dwie: jedna na końcu wsi na piaszczystym terenie pod lasem, druga na wiejskim placu, również suchym, piaszczystym – bindudze. Przypuszczam, że na drugim brzegu długiego Udrzyna chłopacy również stawiali swoją huśtawkę. Kawalerowie przed Wielkanocą wyprawiali się do lasu i wycinali kilkumetrowe, niezbyt grube, proste sosny. Obcinali gałęzie, korowali i przyciągali na plac budowy. Do górnych końców przybijali poprzeczkę, na której mocowali dwa grube mocne sznury. Kopali dwa głębokie doły, ustawiali w nich konstrukcję, zasypywali ponownie piaskiem, wzmacniali i zabezpieczali kamieniami. Jeszcze tylko odpowiednia poprzeczna deska – siedzenie, jej zamocowanie na sznurach i gotowe. Pierwszeństwo w huśtaniu mieli oczywiście ci, którzy zbudowali huśtawkę oraz ich dziewczyny. Dzieciarnia przyglądała się i czekała, kiedy starsi pójdą sobie, przecież nie będą bawić się „wiecznie”. Oczywiście młodsi doczekali się i sprawiedliwie po kolei, po jednej lub po dwie osoby bujali się. Czasem ktoś spadł, nabił siniaka. Innym razem wybuchała kłótnia, bo zbyt długo kolega (koleżanka) zajmował (zajmowała) huśtawkę, więc trzeba było wymusić zejście – jak to dzieci. (…) Nie pamiętam (…), kiedy zaniechano budowania huśtawek; zwyczaj ten został dość wcześnie zapomniany. Coraz więcej młodzieży opuszczało Udrzyn: jedni podejmowali naukę, inni znaleźli pracę, wyjeżdżali ze wsi lub codziennie dojeżdżali. Coraz mniej było młodzieńców, którym chciało się podejmować ciężką i pracochłonną budowę huśtawki.
Okres wielkanocny trwa do uroczystości Zesłania Ducha Świętego, ale tę opisałam już w innym odcinku cyklu.
Bibliografia
I. Źródła
A. Archiwalia
Muzeum Etnograficzne w Krakowie, Dział Dokumentacji Etnograficznej, Archiwum Sekcji Badania Plastyki Ludowej Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk w Krakowie, Różne, sygn. 226 [akta nieuporządkowane].
B. Źródła wydane
Modzelewska W., Materiały o kulturze i sztuce ludowej Polski, red. E. Miecznikowska, Toruń 2022;
Wacławski W.M. ks., Opis parafji Brańszczyk, dekanatu wyszkowskiego, diecezyi Płockiej. 1924 rok, [w:] Kronika parafii Brańszczyk, t. 1, red. ks. P. Stachecki, Brańszczyk 2012, s. 355–540.
C. Wspomnienia
Wróbel Z.M., Wspomnienia i nie tylko... (1941–1960). Udrzyn – wieś w Puszczy Białej. Liceum Pedagogiczne w Pułtusku, Pułtusk 2020.
D. Prasa
Druhna Gazeciarka, Święcone w Obrytem, „Hasło Katolickie”, 1935, 20, s. 241.
D. Wywiady
Aleksandra Ciskowska-Karłowicz: Dostrzegam wartość tradycji [rozmowa Izabeli Koby] (dostęp 8 I 2025 r.);
Gość Dnia 22.03.2024 – Sylwia Słojkowska-Affelska, Witold Kuczyński, Janusz Pawlak – Wielkanoc na Kurpiach, Katolickie Radio Diecezji Płockiej (dostęp 8 I 2025 r.);
Halina Witkowska. Letnia Szkoła Tradycji – Pisankarstwo 2017, Festiwal Re:tradycja (dostęp 3 IV 2025 r.);
Tradycje Świąt Wielkanocnych na Mazowszu i Kurpiach [Sylwia Słojkowska-Affelska w Katolickim Radiu Diecezji Płockiej, 31 marca 2024 r.] (dostęp 8 I 2025 r.);
Wielkanoc na Mazowszu, Łosiowisko, Radio dla Ciebie, 9 kwietnia 2023 r. (dostęp 8 I 2025 r.).
II. Opracowania
Barbasiewicz M., Tradycja Mazowsza. Powiat ostrowski. Przewodnik subiektywny, Warszawa 2005;
Drzewo Życia (religia) (dostęp 4 IV 2025 r.);
Gorczyńska A., Z szumu sosen Puszczy Białej, Pułtusk 2008;
Kielak B., Zwyczaje doroczne Puszczy Białej, „Rocznik Mazowiecki”, 15 (2003), s. 239–252;
Kozłowski B., Folklor muzyczny i taneczny Puszczy Białej. Pieśni i tańce, widowisko weselne, obrzędy i zwyczaje, Warszawa 2004;
Mickiewicz A., Obyczaje związane ze świętami, „Zeszyty Wyszkowskie”, 6 (2012), s. 38–44;
Murawski M., My Słowianie, czyli skąd się wzięły zwyczaje wielkanocne (dostęp 4 IV 2025 r.);
Żywirska M., Puszcza Biała. Jej dzieje i kultura, Warszawa 1973.
Pozostałe wpisy z tej serii:
I. KURPIE BIAŁE
II. KURPIE ZIELONE
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz